Ethical travelling

8 February 2014


Just because you can go somewhere, does it mean it's ok to do so? Let me elaborate.

Most medical students in the UK around this time of year will be busy booking flights to exotic places for their electives, and I'm stuck. It's not that I don't want to go. I dream of travelling and seeing new countries, but just because I can go, doesn't mean that I should. Or, that it would be the right thing to do.

I've been reading a lot of stories recently about people who abandon their daily lives, quit their jobs and go travelling. That's usually seen as commendable and a very positive thing to do. Travels broaden one's horizons, teach you about yourself, about other people. Similarly, medical students who go to Nepal or Ghana for their elective will leave their placements enriched, more appreciating of the good health care in their home countries. They will have seen clinical signs and met patients with conditions, which so far were only reachable in textbooks. While in medical school, we are encouraged to approach all ethical dilemmas by considering 4 ethical principles: beneficence, non-maleficence, justice and  autonomy. Is considering those when making a decision to travel a bit of an overkill? Surely travelling is always a good thing. Or is it?

Going to Nepal, to a country whose language and culture is very foreign to me, is hardly going to be beneficial for the local community. The only positive aspect is that I'm going to leave some of my western money there and contribute to the economy (apologies for being so crude). Possibly I will have more opportunities to do harm than good due to my ignorance of the local customs and culture. Is it fair that I will join a group of doctors as an observer, will be present during intimate examinations, surgeries, perhaps will be expected to perform procedures, which go beyond my competencies because I come from a reputable university? Finally, not understanding the language, how can I make sure that patients will make autonomous and not coerced decisions as to whether they are willing to have a student present during their consultations with doctors or other medical professionals. Medical electives is a huge business. As is travelling. Countless tweets and ads on facebook encourage students to join in and discover the developing world's medicine. Reading tweets saying: "Stunning scenery, renowned wine & great hospital placements"  (note the order and the wording of the ad) makes me cringe. Currently I don't feel that unless I can truly contribute something at the local hospital, my placement would be anything else than a medical student tourism. Yes, once I'm fully qualified I can volunteer my time and skills and join a project such as Sama Hope for a year or two. For now I'd rather visit a place where my language will be understood and I will have a chance to do more good than harm.

How about travelling just for pleasure?  With the introduction of the low fare airlines, suddenly travelling became more accessible for many. People are able to hop on the plane even for a one day long city break for a cost of a cinema ticket. But just because we can, does it mean we shouldn't consider whether it's ethical to travel? By ethical travel I mean travelling, which is more beneficial than maleficent, this could be in terms of the economical growth of the destination country, but also of personal growth, experience and pleasure. I guess the latter is the most difficult, if not impossible to quantify.

For example, a return fight from Edinburgh to Kuala Lumpur, emits the equivalent of CO2 volume as an annual use of natural gas for our one bedroom flat. Does a longer holiday justify such a massive carbon footprint? Or the fact that it's one's lifetime dream to travel to Indonesia? What if the person planning the trip was dying of cancer? Does it make it more ethical?  Or is it just another part of the culture which makes us believe that we deserve to have a life rich in such experiences?


When my dream to visit Antarctica comes true, does it make it more likely that my great grandchildren will only read about the ice cap in the textbooks?

_________________________
All photographs are by Sebastião Salgado a Brazilian photographer famous for his nature photographs which he calls his  "Love letter to Planet Earth", also available as a Taschen publication "Genesis". 

2 comments:

  1. nie wiedziałam o czymś takim jak electives, nawet nie wiem - ma to tłumaczenie na polski? ale w sensie to z automatu musi być gdzieś zagranicą, gdzieś w 'trzecim świecie'? czy po prostu, chodzi o zmianę środowiska i nadałaby się na przykład warszawa czy wilno? jasne, jechać, nie traktować tego jak egzotycznej wycieczki, podchodzić do ludzi z szacunkiem i wtedy wiadomo, że zrobisz wiecej dobrego niż złego, imo nie ma sensu katować się nadmiernie wyrzutami sumienia, bo już sam fakt, że się nad tym wszystkim zastanawiasz pokazuje jak bardzo masz poukładane w głowie.
    co do podróżowania dla przyjemności a np. zanieczyszczania środowiska: nie myślałam o tym. zasiałaś jakieś ziarnko, ale póki co widzę jedynie 'no tak, jak nie ja, to przecież inni i tak będą latać etc., świat się od moich wakacji nie zawali'.
    mnie bardziej dręczyło na sri lance bycie 'białym człowiekiem'. wszyscy byli mili, wręcz powiedziałabym - przymilni - czasem dla kasy, ale przeważnie ot po prostu. czułam się jak biała pani, której oddają honory, puszczają w autobusie żebym usiadła (mimo że wiele starszych kobiet stało). jak machaly do nas dzieci - to nie wiem czy machały bo po prostu są dziećmi? czy machały łaskawej białej pani? i odwrotnie - kto im odmachiwał? no i kwestia pieniędzy? dawać/nie dawać? przyzwyczajać, że turystę można oszukać, wyciągnąć coś od niego bo i tak szasta kasą lekką ręką? z drugiej strony - przeciez te sumy to dla nas grosze. i tak dalej, i tak dalej. do dziś nie wiem.

    ReplyDelete
    Replies
    1. elective moze byc gdziekolwiek, to takie praktyki, ale tutaj znaczna wiekszosc jedzie gdzies gdzie beda mieli super wakacje. poza tym wiele jest takich historii ze brytyjski student jest traktowany lepiej i z wiekszym zaufaniem niz lokalny lekarz i ludzie wykorzystuja to i robia rzeczy ktorych w zyciu by nie robili w UK jako studenci (operacje, zabiegi itp.). juz nie mowiac o tym ze dobrze jest widziane na aplikacjach o prace potem jak sie zrobilo cos super zagranica, jeszcze najlpeiej zeby byla z tego jakas publikacja. ogolnie obrzydza mi troche ta kultura. ze jade jako studentka zeby sie napatrzec na ludzi z chorobami ktorych u nas nie ma a i tak nie moge nic swoja obecnoscia zrobic uzytecznego. juz nie wspomne o projektach gdzie bogate dzieci z liceum jada do Afryki budowac studnie, ale to jest dla mnie podobna kategoria wyjazdu.

      jesli chodzi o latanie to sama nie wiem co o tym myslec. np opcja "jednodniowki" zupelnie do mnie nie przemawia. a zwlaszcza jednodniowki super daleko. uwazam ze to czesc kultury konsumpcyjnej ktora przyzwyczaja nas do tego ze nam sie wszystko nalezy. moja kolezanka powiedziala mi w odpowiedzi na ten post ze zastanawia sie jak ludzie by planowali swoje wyjazdy gdyby byli rozliczani z carbon footprint jak z podatkow. kto wie, moze w naszym zyciu jeszcze go tego dojdzie.

      a trzeciej strony, chce jechac do Indonezji w te wakacje na 4 tygodnie, nigdy nie bylam w Azji jeszcze... ehh chyba wyklady z etyki mi do glowy uderzyly za bardzo.

      a bycie traktowana jak biala pani by mnie przerazalo. w edynburgu jest bardzo duzo bezdomnych i narkomanow na ulicach, tez nie wiem co z tym robic.

      Delete